Birma. W pogoni za słońcem w Baganie.

Po trzech dniach rozdzielenia znów byliśmy razem. Znów wspólnie przemierzaliśmy zakurzone drogi, tym razem kierując się do Baganu, słynącego z buddyjskich pagód, świątyń i klasztorów rozsianych na obszarze o długości 13 km i 8 km szerokości. Autobusy, którymi podróżowaliśmy były komfortowe, ale nie tanie. Pod tym względem czuliśmy się w Birmie jak w złotej klatce, w której mogliśmy się poruszać tylko po wyznaczonych ścieżkach, w wyznaczony sposób. Wszystko było tutaj tak zorganizowane, aby na naszym transporcie zarobiło kilka osób. Autobus nigdy nie zatrzymywał się w centrum miasta, czy miasteczka, a raczej na obrzeżach. A stamtąd trzeba było brać taksówki, których ceny były absurdalnie wysokie. W takich sytuacjach, zwykle dla przekory, wybieraliśmy kilkukilometrowe spacery.

W Baganie nie było inaczej. Wylądowaliśmy na dworcu nad ranem i powędrowaliśmy do miasta na piechotę. Na naszej drodze pojawiła się przeszkoda w postaci budki z biletami. Za wstęp do tego niewątpliwie urokliwego miejsca na ziemi musieliśmy zapłacić po 20 $. Kosztowny papierek pozwala na tygodniowe zachwycanie się pięknem Baganu. My skorzystaliśmy z trzech dni, podczas których nikt nigdy nie zażądał od nas pokazania biletu. Zatrzymaliśmy się w hotelu położonym pomiędzy Nyaung U, a Old Bagan, tym samym bliżej wschodów i zachodów słońca, podglądanych gdzieś ze szczytów świątyń.

Wysłużone, ale sprawne rowery (wypożyczone za 1 $ przy głównej ulicy obok marketu od bardzo miłego i uczciwego pana) były naszymi wierzchowcami. Mknęliśmy na nich co rano, aby wykraść dla siebie choć kawałek mistycznego spektaklu, który musieliśmy dzielić z tłumem innych turystów. Głośna, rozentuzjazmowana widownia oblegała co rano i co wieczór świątynie. Niektórzy jak kury na grzędzie zasiadali na piętrach, inni niczym zwinne małpki chcieli zająć wyższe, lepsze miejsca, czasem popijając przy tym schłodzone piwo lub colę. Całemu temu zamieszaniu towarzyszyło cykanie i miganie aparatów oraz prośby: „Przepraszam, czy zrobisz mi zdjęcie?” No a później mizdrzenie się, uśmiechanie i adorowanie obiektywu. Co bardziej zaradni zaopatrzyli się już w najnowszy hit, czyli komórki, aparaty i „bądźpro” na patykach, którymi na potęgę trzaskali selfie.

Kiedy słońce wychyliło czubek swej majestatycznej głowy, na widowni zalegała cisza. A po chwili tu i tam słyszało się: „Och”, „Wow!”, „To niesamowite”, „Magiczne”, „Piękne”. Kulminacją spektaklu były balony, które co dzień przelatują nad Baganem, niosąc w koszach szczęściarzy, którzy mogą sobie na tę przyjemność pozwolić. A po widowisku wszyscy musieli się zgramolić z wysokości, na które się wdrapali, więc niezgrabnie ześlizgiwali się, zwinnie zeskakiwali, lub spadali wprost w objęcia czyhających już sprzedawców pamiątek. Czasem nie wiem co jest ciekawsze w turystycznych miejscach: podziwianie zabytków czy obserwowanie turystów? Oczywiście mamy też świadomość, że sami zaliczamy się do tego „zacnego” grona explorerów świata. Na szczęście ruin w Baganie jest tak wiele (ponad 2 tysiące), że nie ma problemu w znalezieniu samotni, swojego miejsca do kontemplacji i podziwiania, zwłaszcza zachodów słońca. Obrazki z krainy tysiący pagód są urzekające i zaspakajają łaknienie orientalnych widoków z Azji.

Po takich emocjonujących chwilach trzeba się posilić. W trzecim dniu znaleźliśmy świetną japońską knajpkę „Fuji”. Pyszne, tanie jedzenie i duże porcje. Po lewej stronie głównej drogi, gdy się idzie z Nyaung U w stronę Old Baganu. Restauracja wygląda niepozornie, jakby była nieczynna. Szyld jest wyblakły i nie zachęca, za to my – tak!

 

Category:

Blog

Tags:

, , , ,