Dlaczego Myanmar?

Marzyliśmy o Birmie już od dawna. Tyle, że przez długie lata był to kraj, w którym władzę sprawował reżim i to przede wszystkim on czerpał zyski z turystyki. Kto chciałby wspierać tyranię?

Na pewno nie my. Więc czekaliśmy na lepsze czasy, które nadeszły w 2011 roku. Do Myanmaru zawitała demokracja, a tym samym otworzyły się granice i powiało świeżością. Ludzie w tym kraju nadal cieszą się nowo uzyskaną wolnością, ale już zaczynają zauważać, że jest ona pozorna. Junta nadal sprawuje w ich kraju władzę, tyle że przywdziała nieco inne, bardziej nowoczesne szaty.

Tego wszystkiego i wielu innych rzeczy dowiedzieliśmy się już na miejscu. A zanim tam dotarliśmy naczytaliśmy się o tej Birmie. Wszyscy pisali trzeba jechać zanim będzie za późno, jedyna okazja, żeby zobaczyć niezepsuty turystyką kraj i poznać najmilszych ludzi na świecie. Więc miał to być nasz numer jeden w podróży i chcieliśmy się w nim zasiedzieć najdłużej. Nasze plany pokrzyżowała turystyczna wiza wydawana na okres 28 dni. Można ją wyrobić w ambasadach Myanmaru, ale my wybraliśmy najnowszy sposób, czyli e-wizę, od niedawna dostępną dla Polaków. Internetowo załatwiana wiza jest droższa o kilka dolarów, ale pozwala ominąć tradycyjne, kilkudniowe procedury.

Ominęliśmy procedury, przelecieliśmy nad Zatoką Tajską i znaleźli się w Rangunie – byłej stolicy i największym mieście Birmy. Postanowiliśmy i tutaj wypróbować stopa, jadąc z lotniska do centrum. Niestety tak jak i couchsurfing, autostop okazał się w tym kraju niemożliwy i niebezpieczny dla jego obywateli, czyli zakazany. Były to pierwsze oznaki, że Birma nie jest jeszcze wolnym krajem. Zostaliśmy zmuszeni do skorzystania z prywatnej taksówki, bo autobusy też nie chciały nas zabrać na swój pokład.

Już pierwsze chwile w tym kraju nasunęły nam spostrzeżenie, że bardziej przypomina on Indie niż choćby sąsiednią Tajlandię. Podobny nieład, zapachy i przede wszystkim wszechobecny betel. Spodobało nam się i to bardzo, ludzie faktycznie przemili, jedzenie całkiem całkiem, ale dlaczego tak drogo? Jeszce nigdzie nie płaciliśmy tak wysokich cen za hotele. No dobra, opłacało się przenocować w słynnym „White Haus Hotel” z ogromnym i dobrym śniadaniem, ale swoje 25 dolarów musieliśmy za tę przyjemność zapłacić, chociaż znaleźliśmy tańsze guest house’y (lokalne słowo, dekuga). Niestety nie przyjmowały one turystów, nie posiadały odpowiedniej licencji. Ciekawe dlaczego? Ciekawe jakie hotele dostają licencję, skoro rzeczone miejsca standardem wcale nie odbiegały od reszty hoteli?

Nie zaprzątaliśmy sobie tym oczywiście głowy, ciesząc się nowym krajem, nowymi, egzotycznymi świątyniami, słynnym złotym kompleksem Szwedagon, ciekawą atmosferą miasta, w którym nadal internet czy telefon są pod kontrolą. Niektóre strony internetowe wcale nie chciały się otwierać, nie dało się wykonać przelewu i były problemy z kontaktowaniem się ze światem. Dziwiliśmy się, że tu, na południu tak spokojnie, turystycznie, wesoło, a na północy w kilku stanach: Kaczin, Kajah, Karen, Rakhin i Szan nadal trwa wojna. Oburzali, że budzi się nas o 4 rano, godzinną modlitwą, którą słyszy całe miasto dzięki głośnikom umieszczonym na świątyniach. Ostrożnie stąpali po chodnikach, które co rusz znikały spod naszych nóg, zamieniając się w śmierdzące kanalizacją dziury. Odwiedzali głośny i gwarny port rzeczny, który wyglądał obłędnie przy zachodzie słońca i planowali co dalej, gdzie pojechać.

Category:

Blog

Tags:

, , ,