Granica Birmy z Tajlandią. Droga do raju i kradzieże.

Jechaliśmy i jechali i jechali… długo. Najpierw całkiem niezłym, turystycznym autobusem, później gratem i wreszcie, górski odcinek drogi do Myawaddy pick-upem przerobionym na busa, który wiózł chyba ze 20 osób na pace, 4 na dachu i 5 w kabinie. Zbyszek zaznał przyjemności jazdy na dachu, ja i Ula siedziałyśmy w kabinie, zazdroszcząc mu powietrza i wiatru we włosach. Frunął sobie przez miejską spiekotę, górską surowość pejzażu, nad przepaściami i drogą bez asfaltu. My natomiast z kabiny, przez szyby, obserwowałyśmy jak niepewnie po tej drodze suniemy i jak nieporadnie inni tej sztuki próbują, wymijając, omijając i mijając się blisko, prawie się stykając.

Już po zmroku dotarliśmy do granicy z Mae Sot, ale nie zdążyliśmy jej przekroczyć. Zamykana o 20:00 nie chciała się już dla nas otworzyć. Spóźniliśmy się, bo musieliśmy jeszcze udzielić ostrej reprymendy dla naszego kierowcy, u którego zauważyłam niezdrowy pociąg do bardzo młodych, dojrzewających dziewczynek…

Dopiero następnego dnia udało nam się wkroczyć do Tajlandii (bezpłatną wizę na 15 dni dostaliśmy na granicy), a później autostopem i autobusem do Bangkoku, w którym przyszło nam spędzić noc. Po niej czekało nas całodniowe błąkanie się po mieście z plecakiem, tylko po to, aby wieczorem wsiąść do nocnego, turystycznego autokaru prowadzonego przez rabusi.

Słyszeliśmy wcześniej o kradzieżach dokonywanych przez obsługę autobusów mających zawieść turystów na rajskie, tajskie plaże, dlatego przed dokonaniem zakupu biletu (autobus i łódź na Koh Tao – 700 BHT, czyli ok. 80 zł) w biurze podróży zapytaliśmy o bezpieczeństwo podczas drogi i uzyskaliśmy zapewnienie, że w tej firmie kradzieże się nie zdarzają. Zostaliśmy więc załadowani do wielkiego, piętrowego autokaru, ozdobionego kwiatowymi malunkami z zewnątrz. Tuż przed odjazdem załoga „kwiecistego” została dobrze obfotografowana przez policję turystyczną i Zbyszka. Pierwsze godziny podróży przebiegły dość dziwnie, bo bez kontaktu z załogą, która zamknęła się na dole autobusu, a pasażerów zajęła seansem dwóch filmów. Dopiero po 24:00 zatrzymaliśmy się na pierwszy i jedyny postój, który zakończył się równie nagle jak się zaczął. Ostatni pasażerowie wskakiwali do pojazdu w biegu. Nad ranem wyrzucono nas z „kwiecistego”, który pomknął z częścią pasażerów dalej, aż do Pukhet. Półprzytomnych zawieźli nas na przystań, gdzie Zbyszek odkrył, że jego plecak został przeszukany i zniknęło z niego 100$ schowane na wypadek kradzieży portfeli, które trzymamy przy sobie. Pewien Duńczyk natomiast zauważył, że rabusie próbowali włamać się do jego walizki zamykanej na szyfr, uszkadzając przy tym zamek. Jeszcze tego samego dnia ja i Ula również przekonałyśmy się, że ktoś zaglądał do naszych bagaży, zmieniając szyk i położenie niektórych przedmiotów. Postanowiliśmy napisać maila ze skargą do biura podróży i pomimo incydentu cieszyć się „widokówkową” wyspą Koh Tao.

Miesiąc później odwiedziliśmy owo biuro podróży w Bangkoku. Mail do nich dotarł, nawet go przeczytali, ale nie raczyli odpisać. Okazało się, że nie poczuwają się do odpowiedzialności i na dodatek udzielili nam wskazówki, że powinniśmy bardziej uważać, a w bagażu nie trzymać cennych rzeczy. Oczywiście gdybyśmy mieli wszystko przy sobie, a padli ofiarą kradzieży, „mądrzy” sugerowaliby rozłożenie części pieniędzy na różne miejsca. Na szczęście pośrednik, który współpracuje z tym biurem wypłacił Zbyszkowi odszkodowanie. Po dłuższej dyskusji pracownicy biura zdecydowali, że również dorzucą jakiś grosz. W rezultacie Zbyszek odzyskał połowę skradzionej sumy i otrzymał deklarację, że zrobią wszystko, aby „kwiecisty” autobus i jego załoga już nigdy nie zabrali na swój „diabelski” pokład turystów.

kradziez1

To niestety niejedyna historia pod znakiem kradzieży, jaka przydarzyła nam się podczas tej podróży. Również Siem Reap w Kambodży okazało się dla nas przeklęte. Po co się przyjeżdża do Kambodży, każdy wie. My również chcieliśmy zobaczyć jedne z najsłynniejszych ruin świata. Mieliśmy zaplanowany spektakularny zachód i wschód słońca w Angkorze. Jak zwykle wybraliśmy rowery jako środek transportu. Kiedy pędziliśmy z Siem Reap do Angkoru na wschód słońca, przytrafiła się kolejna niemiła przygoda. Jechaliśmy w kolejności: Zbyszek, ja i Ula, która od Birmy przybrała nowe imię – Luśka – z powodu kapelusza, który tam zakupiła. Zdjęcie wyjaśni wszystko. Więc ostro pedałując, minęliśmy budzące się miasteczko i wjechaliśmy do lasu. W pewnym momencie usłyszałam za sobą zwalniający motocykl i zaraz po tym krzyk: „Ej!!!” Odwróciłam się i zobaczyłam zrozpaczoną Luśkę mówiącą „Ukradł mi plecak”. I rzeczywiście, w koszyku, w którym wcześniej znajdował się plecak, zionęła pustka. Czarny motocyklista, w czarnym kasku, na czarnym motorze, zrobił odwrót i odjechał. Rzuciliśmy się w pogoń: ja i Zbyszek. Ja krzycząc : „Zbyszek, okradli Uśkę!” Tępo mieliśmy „zabójcze” na naszych składakach. Zatrzymaliśmy więc pierwszy jadący motocykl, wyjaśnili sytuację i poprosili o pomoc w pościgu. Pan kierowca grzecznie się zgodził. Zbyszek wskoczył na motor i ruszyli. Niestety wszystko to trwało zbyt długo i nie było już szansy na złapanie złodzieja. Nie pozostało nic innego jak zgłosić zajście na policji. Wszak w plecaku były cenne rzeczy: pieniądze (ok 70$, trochę rieli i 200 zł), dowód osobisty, karta do bankomatu i inne dokumenty, telefon, bułka z jajkiem i papryką (dla Luśki bezcenna!) oraz inne rzeczy osobiste. Pech chciał, że akurat tego dnia Ula nie zastosowała się do zasad bezpieczeństwa i nie rozłożyła, jak zwykle, cennych rzeczy w różnych miejscach.

Budynek policji turystycznej znajduje się tuż przy kasach biletowych do kompleksu świątynnego. Wkroczyliśmy na posterunek z rozpędu, gdyż adrenalina jeszcze w nas krążyła. A tam co? A tam wszystko w rozsypce, bo remont. Funkcjonariusze też w rozsypce, bo zaspani i nie ubrani. Kazali nam czekać: raz na jednego policjanta, później na drugiego. Każdemu trzeba było opowiedzieć co się stało, a drugi i trzeci wszystko spisali. O mały włos, a wpędzilibyśmy panią, która wypożyczyła nam rowery w kłopoty, ponieważ nie poinformowała nas o możliwości kradzieży, która tutaj jest chlebem powszednim. Policja wymaga od wypożyczalni, aby zwracali na to uwagę i zaopatrywali rowerzystów w specjalne pasy, którymi przymocowuje się bagaż do koszyka rowerowego. Na szczęście wszystko ładnie załagodziliśmy i uspokoili burzę, która chciała się rozpętać. Wszystko to zajęło nam pół dnia, ale przynajmniej Luśka dostała raport, za który musiała jeszcze zapłacić (co łaska oczywiście…). Jedynym szczęściem tej sytuacji było pozostawienia przez Ulę paszportu pod zastaw u pani „od rowerów”. Dzięki temu uniknęliśmy masy problemów. Nie chcę myśleć co by było gdyby paszport znajdował się w skradzionym plecaku. Czy Luśka mogła temu zapobiec? Pewnie tak. Mogła szybciej zareagować i powstrzymać złodzieja lub przywiązać swój plecak do koszyka. Niestety takie rozwiązania mogą doprowadzić do jakiejś gorszej tragedii. Czytałam historię dziewczyny, która w podobny sposób została napadnięta. Jechała w tuk tuku, kiedy złodziej sięgnął po jej torebkę. Nie ustąpiła trzymając ją mocno. W ten sposób została wyciągnięta na jezdnię i zginęła pod kołami samochodu. Inna historia dotyczy pary nowożeńców, którzy pojechali do Brazylii. Na plaży otoczyła ich grupa młodzieży żądając oddania aparatu. Gdy chłopak odmówił, jeden wyciągnął pistolet i go zastrzelił. To skrajne historie, ale trzeba pamiętać o tym, że nie warto ginąć za przedmiot. Uważajcie na siebie i bezpiecznych podróży!