Jeszce dalej, jeszcze głębiej

Rzeka Rajang porwała nas w swój bystry nurt. Były momenty, że znaki rzeczne krzyczały: „Uwaga, Zwolnij!”, a my kołysaliśmy się na łodzi i odczuwali szaleńczą przyjemność. Tylko turyści mieli frajdę z tego bujania, miejscowi siedzieli spokojnie, bez emocji. W rękach trzymali reklamówki, pudła, siatki. Stały w miniówkach dziewczyny, w obcasach eleganckich, które zaraz miały się wycierać w błocie jakim usłana jest droga do domu. Kury, jak zwykle poszkodowane, na dachu, wśród bagaży, w siatach ugniecione, płynęły. Towarzyszył im Zbyszek, robiący zdjęcia.

Po 6 godzinach, 55 ringitach i 5 zawiązanych znajomościach: z dwoma Łotyszami, z dwiema Australijkami i jedną Słowenką, znaleźliśmy się w Beladze. Niemalże od razu cała nasza turystyczna ósemka wpadła w objęcia Daniela – miejscowego bosa, który trzęsie tutaj wszystkim i wszystkimi, włączając business turystyczny i turystów. Taki Boss nie tylko sprawuje władzę, ale także roztacza opiekę nad potrzebującymi.

Jedną z jego podopiecznych jest Rosaline. To ona nas wybrała, upatrzyła już pierwszego dnia. Krążyła na swym rowerku i uśmiechała się do Uli, a Ula do niej. Później, w deszczowy wieczór znalazła nas siedzące na schodach w hotelu. Zaczęła wydawać z siebie dźwięki i pokazywać coś na migi. Na początku ciężko było odgadnąć o co jej chodzi, ale wystarczyło poznać kilka znaków, które tworzą jej autorski język migowy, aby swobodnie się z nią komunikować. Przez chorobę, w dzieciństwie przebytą, Rosaline nie mówi i nie słyszy. W miasteczku mają ją za lekko opóźnioną w rozwoju i traktują z przymrużeniem oka. Tymczasem Rosaline czyta gazety, uważnie obserwuje i dzięki temu zna nie jeden sekret Belagi. Po kilku godzinach z nią spędzonych wiedzieliśmy kto w miasteczku ma coś na sumieniu, kto jest godny zaufania, kto jest wart przyjaźni, kto ma jakie nałogi, kto z kim chodzi, a kto jest głupi. Każdego określała gestem, który opisywał charakterystyczną przywarę, lub cechę wyglądu. Daniel był okrągłym brzuchem, Zbyszek był brodą, Ula uśmiechem, ja kokiem na głowie, biali byli dużymi nosami, kobiety piersiami, a faceci wąsami. Kiedy kogoś nie lubiła zakładała ręce i pokazywała obrażoną minę, gdy chciała iść do toalety, robiła pozę „na Małysza”. Okazała się jedną z najsympatyczniejszych i najciekawszych postaci jakie spotkaliśmy do tej pory na swej drodze. Pokochaliśmy ją od pierwszego wejrzenia i ona chyba nas też.

W Beladze spędziliśmy cztery dni, które były bardziej intensywne w doznania niż tydzień w Kapicie. Przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki i udali w mroczną dżungle, do której prowadziła tylko jedna ścieżka. Towarzyszyła nam piątka turystów ze świata. Po godzinie marszu dotarliśmy do wioski pół nomadów – Sihan, którzy są najlepszymi myśliwymi w okolicy. Podobno mają słuch i węch zwierzęcia, dlatego często wynajmuje się ich na polowania. Sami także polują. Ugościli nas u siebie i pokazali jak mieszkają. Nie mówili po angielsku, nic nie rozumieli, ale później gdy Zbyszek został z nimi sam, okazało się, że całkiem nieźle władaj obcą mową. Zaprosili Zbyszka na polowanie następnego dnia. Zbyszek natomiast zaprosił na nie Estończyków. I tak po powrocie do cywilizacji szukali cały wieczór kogoś kto następnego dnia o 5 rano przeprawi ich na drugi brzeg. Chętnych nie było, pomimo całkiem przyzwoitej ceny jaką proponowali. A kiedy wreszcie kogoś znaleźli, rozpętało się pogodowe piekło i monsunowy deszcz nie przestawał padać aż do świtu. Więc z filmu o polowaniu wyszły nici, a Estończycy, Słowenka i przesympatyczne australijskie studentki medycyny opuścili nas z samego rana. Ale za nim to zrobili udaliśmy się wspólnie na jeszcze jedną przygodę w deszczu, brnąc po kostki, czasem kolana i uda w rzece, dotarliśmy do ukrytego w dżungli wodospadu. Choć woda była zamulona, większość wskoczyła w jej nieprzeniknione odmęty, chcąc zaznać rajskiej kąpieli. Tylko mnie i Ulę nie przekonała brązowa otchłań, która pewnie jeszcze nie raz zagości w moich koszmarach.

Kiedy już zostaliśmy sami, choć nie całkiem, bo wieczorami była z nami Rosaline i pewna starsza podróżniczka z Belgii, postanowiliśmy wypróbować na Borneo jazdę „na stopa”. Udaliśmy się nad sztuczne jezioro, które powstało dzięki wybudowanej wielkiej tamie. Jezioro Bakun pochłonęło ogromną część dżungli, w której żyły zwierzęta i kilka społeczności, między innymi nomadzi Penan. Po jeziorze, jak po autostradzie, kursują barki z wycinanym drewnem, a smutny widok kilku domów na palach, które wystają nad powierzchnię wody wcale nie rekompensuje wielkiej straty, jaką poniosła przyroda.

Niemniej jednak „stop” sprawdził się wyśmienicie, dlatego kolejnego dnia zrobimy dłuższą trasę, pojedziemy w stronę miasta Miri.

Category:

Blog

Tags:

, , , , ,