Jezioro Inle – skansen czy prawdziwe życie?

Za obcowanie z pięknem trzeba płacić, dlatego wstęp w okolice jeziora Inle kosztuje 10$. Bez wahania więc wyjęliśmy tę kwotę z naszego uszczuplonego już portfela. Oczekiwaliśmy magii i choć trochę prawdziwości nad Inle. Tego drugiego nie dostaliśmy. Wschód słońca przeżyty w łódce (ok 12 $, warto podzielić jej koszty z innymi turystami) na jeziorze był zachwycający, ale bez wątpienia podobny okazałby się choćby nad malowniczym Jeziorem Żywieckim. Reszta wycieczki to farsa. Tuż u ujścia rzeki, wraz z którą turyści wpływają na jezioro, czeka na nich pan przebrany za tradycyjnego rybaka wiosłującego nogą. Gdy dokładnie się mu przyjrzeliśmy, zauważyliśmy, że wcale nie łowi, a jedynie wykonuje mechaniczne czynności i pozuje do aparatu. Współcześni rybacy rzadko już ubierają się w tradycyjne stroje. Zwłaszcza młodzi lubią je zamieniać na kolorowe dresy z bazaru.

Słynne skaczące koty z klasztoru już nie skaczą, a wycieczka po drogich sklepikach i warsztatach z wodnych wiosek to niewątpliwie ciekawa atrakcja, ale raczej dla wycieczek zorganizowanych przez biura podróży. Jeśli ktoś ma „parcie” na zobaczenie czegoś oryginalnego radzimy wcześniej ustalić to z „kierowcą” łodzi. Nam się to nie udało, gdyż nasz „kapitan” nie rozumiał ani słowa po angielsku. I choć staraliśmy się usilnie z nim dogadać, on nie kwapił się do podjęcia wysiłku zrozumienia przekazu. Prawdziwość życia na Jeziorze Inle udało nam się wychwycić w scenach rodzajowych, w wioskach i na targu. Najmilej byłoby tu po prostu podryfować, bez łodzi silnikowej i programu. Może Wam się to uda?

Zdecydowanie bardziej polecamy rowerowe wycieczki po okolicy, połączone z mniejszym lub większym trekingiem po okolicznych górach. W tym przypadku we znaki może dać się mocny upał, który już w lutym staje się nie do zniesienia. Niestety ten upał będzie nam dopiekał już do końca podróży. Będzie nam towarzyszył w każdym odwiedzanym kraju, aż do kwietnia. Oprócz temperatury doskwiera także wszędobylski kurz, unoszący się nad drogami i poboczami. W związku z wyżej wymienionymi niedogodnościami radzimy: te rejony świata lepiej odwiedzać w porze deszczowej, która ma jeszcze jedną ważną zaletę – w tym czasie jest tu zielono, dlatego krajobrazy są zdecydowanie ciekawsze i żywsze.

Mieliśmy jeszcze w planie birmańskim wycieczki górskie w stanie Shan i przejazd przez niego do granicy z Tajlandią. Niestety ta droga została zamknięta. Powodem jest nasilenie w tych rejonach walk z mniejszościami etnicznymi, które żądają, mocno upraszczając, zniesienia nad nimi okupacji bamarskiej.

Ponieważ my również nie czuliśmy się wolni w Birmie, postanowiliśmy czym prędzej opuścić ten kraj. Miło wspominając przede wszystkim to, czego doświadczyliśmy w Thabarwa. Zanim przyjechaliśmy do Birmy nakarmiliśmy swoje głowy pięknymi relacjami, opisującymi idylliczną krainę – Tajlandię sprzed lat. Wszędzie czytaliśmy: „Jedźcie zanim będzie za późno”. Zastanawiamy się czy my przybyliśmy tu za późno, czy jeszcze za wcześnie.