Kerala – Jezus, Kryszna i Allach razem

Od 26 do 01.12.2014 zaszyliśmy się w stanie Kerala, a dokładnie w mieście Koczin, a jeszcze dokładniej w zabytkowej dzielnicy Fort Kochi. Naszą bazą stał się hotel Rokoco Residency, który prowadzi rodzinka: dziewczyna z Francji z mężem z Indii. Roksana jest artystką, ma świetny gust, dlatego hotel jest pięknie urządzony, a co najważniejsze – jest czysty. Do tego serwują pyszne jedzenie i prawdziwą kawę, co w Indiach jest rzadkością. Nocleg u nich jest tani, my płaciliśmy 160 rupii (czyli ok. 8 zł) od osoby. Polecamy!

Południe Indii znacznie różni się od północy. Oprócz tego, że na południu jest znacznie cieplej i czyściej, można też odetchnąć od zgiełku i naganiaczy z połnocy. Prym wiedzie tu hinduizm, ale chrześcijanizm i islam są równie ważne. Kerala to stan, gdzie trzy wielkie religie współistnieją w pokoju, a nawet mieszają się i dopełniają. W każdym urzędzie, czy środkach masowej komunikacji, na honorowym miejscu wisi obrazek, podzielony na trzy mniejsze: wizerunek Jezusa, Kryszny oraz zdjęcie Mekki.

Raz w pociągu zagadnął mnie pracownik kolejowej kuchni (a’propos: nie polecam wagonów, które znajdują się obok kuchni, prawie zawsze grasują tam myszy, czasem szczury). Zauważył, że mam bransoletkę z katolickimi świętymi. Zapytał czy jestem katoliczką. Odpowiedziałam, że tak. A on na to, że pochodzi z Kochi, jego babcia była katoliczką, ojciec jest hindusem, a brat muzułmaninem, dlatego on sam robi sobie mix religijny i modli się do wszystkich Bogów.

Kochi ma kilka ciekawych miejsc. Jeśli ma się ochotę na spacer i lekkie naganiactwo sprzedawców warto wybrać się na promenadę nadmorską. Wzdłuż niej ustawione są charakterystyczne wielkie chińskie rybackie sieci. Wiszą one na ciężkich drewnianych konstrukcjach, a do ich obsługi potrzebnych jest co najmniej czterech chłopa. Można tu podglądać pracę rybaków, napić się kawy w uroczym miejscu (por. foto) i podgryźć coś z miejscowej garkuchni, np. pyszne, ostre papryczki w cieście. Warto odwiedzić bazylikę Santa Cruz oraz kościół świętego Franciszka, gdzie znajduje się grób Vasco da Gamy, choć jego szczątki już dawno temu zostały przewiezione do Lizbony. Kolejnym obowiązkowym punktem jest żydowska uliczka (dużo sklepów w z pamiątkami, ale wszystko droższe niż normalnie) z synagogą jako najważniejszym punktem (wstęp 20 rupii, czyli ok 1 zł). Żydzi jednak opuścili to miasto w 1948 r. Obecnie została tylko jedna pięcioosobowa rodzina, która opiekuje się synagogą. Ulica żydowska mieści się w dzielnicy Mattanchery. Warto udać się tu na zakupy i na obiad ze względu na niskie ceny. Na drugim miejscu może tu turystę przyciągnąć również pałac z XV wieku, wybudowany dla ówczesnego radży przez Portugalczyków.

Kiedy zwiedziliśmy już wszystko, co byliśmy w stanie zwiedzić, wieczorem zaznaliśmy kulturki, czyli kathakali – teatru wywodzącego się właśnie z Kerali. Tak dosłownie to tylko „liznęliśmy” kathakali. Spektakle tego tradycyjnego teatru trwają zazwyczaj wiele godzin, są odgrywane przy świątyniach w godzinach nocnych. My byliśmy na 2,5 godzinnym pokazie. Teatr kathakali to swoistego rodzaju pantomima. Tematem spektaklu są zazwyczaj hinduscy bogowie i ich niesamowite przygody. Historia opowiadana jest przez śpiew, natomiast aktorzy posługują się systemem znaków, które tworzą za pomocą dłoni, układu ruchów oraz mimiki twarzy. W keralskim Centrum Kathakali w Koczinie obejrzeliśmy przygotowania do spektaklu, czyli tworzenie skomplikowanej charakteryzacji. Byliśmy słuchaczami krótkiego wykładu połączonego z pokazem, który objaśniał znaczenia poszczególnych min, gestów i ruchów. A na końcu obejrzeliśmy fragment przedstawienia. Aby wszystko zrozumieć dostaliśmy scenariusz napisany po polsku (sic!). Każdy z nas odebrał kathakali w inny sposób. Ja i Ula zastanawiałyśmy się nad tym, czy aby na pewno mamy w ręku odpowiedni scenariusz (Ula dodatkowo, zresztą jak zwykle, myślała o jedzeniu). Zbyszek obserwował wszystko z podejściem teatralnego znawcy, przez obiektyw kamery. Tata Zbyszka przysypiał, a mama siedziała pochylona, zasłaniając uszy przed zbyt głośną muzyką i śpiewem. Wszyscy jednak doceniliśmy trud aktorów, którzy sztukę kathakali studiowali przez 6 lat, ucząc się przekładania 1:1 słów na ruchy.

Kolejną ważną atrakcją Kerali… Nie. Wróć. Atrakcją numer 1 Kerali są rozlewiska. Aby nimi popływać trzeba się udać w okolice Kottyam i Allapuzhy, albo wykupić wycieczkę w biurze podróży w Koczin. My wybraliśmy tańszą opcję pierwszą. Pojechaliśmy do Kottyam i wynajęliśmy łódź na 3 godziny (1000 rupii, czyli 40 zł). Istnieje jeszcze jedna, tańsza opcja – popłynąć autobusem wodnym do Allapuzhy, tyle że zajmuje to więcej czasu i całą drogę pokonuje się przy akompaniamencie głośnego silnika. No dobra, tym razem zaszaleliśmy jak „paniska” z Europy.

W Forcie Kochi poczuliśmy się troszkę jak w domu, po 6 dniach mieliśmy wyrobione już swoje ścieżki i dlatego trochę żal było odjeżdżać. Mieliśmy kolejny cel – wielka uroczystość i celebracja zwłok św. Franciszka Ksawerego w Old Goa.