Miri, jaskinia i kąpiele / Miri, Niah Caves, Lambir Hills

Miasto nie mające zabytków, nieciekawe, a jednak zostaliśmy w nim kilka dni. Rozsmakowaliśmy się w kawie z Miri, zwiedziliśmy muzeum ropy naftowej, byliśmy na basenie za 1 ringgita i mieliśmy go do dyspozycji tylko dla siebie. Zażyliśmy też trochę kultury, odwiedzając kino w godzinach do południowych, z wielkim kubłem słodkiego popcornu w cenie biletu, za 6 ringgitów. Ula osobiście wypróbowała na sobie miejscową fryzjerkę i poleca tę przyjemność jako egzotyczne doznanie.

Kiedy wyczerpały nam się działania w Miri pojechaliśmy do Niah Cave, 100 km w stronę Bintulu. A tam wielka, przepastna, śmierdząca odchodami nietoperzy jaskinia z prehistorycznymi rysunkami, sprzed 40 tysięcy lat, na ścianach. Niedaleko jaskini znajduje się wioska, która po części stoi na mokradłach, przynajmniej w porze deszczowej. Dzieciaki urządzają sobie tam dzikie kąpielisko. Zrobiły dla nas specjalny popis, zamieniając się w wieloryby i krokodyle wypuszczające z siebie całe fontanny wody.

I jeszcze w tę samą stronę, ale 70 km wcześniej warto odwiedzić Lambir Hill Park, w którym można bez obaw zażyć kąpieli w wodospadzie, a także pooglądać, jak w każdym innym parku, ciekawe owady. A takich na Borneo nie brakuje: kolorowe dżdżownice, motyle wielkości męskiej dłoni i tak samo wielkie pająki, małe nosorożce, które poruszają się ociężale, ogromne, latające chrząszcze i pewnie wiele innych, których nie zobaczyliśmy. Nie liczcie na nic większego. Widoki dzikich zwierząt są tylko dla wytrwałych obserwatorów!

Siódmego lutego przyszło nam jechać do Sibu. Zrobiliśmy to wykorzystując sprawdzonego stopa.

I tym razem nie zawiódł. Zostało już tylko polecieć do Kuala Lumpur.