Na poddaszu świata, czyli w Nepalu

W dniu świętego Mikołaja przylecieliśmy do Nepalu na skrzydłach Jet Airways i wylądowaliśmy w samym jego sercu, Kathmandu. Lotnisko w stolicy wygląda jak dworzec kolejowy w Żywcu. Nie chodzi oczywiście o to, że lotnisko takie zapyziałe, tylko o to, że dworzec w Żywcu taki światowy :-)

Oprócz lotniska, Kathmandu ma wiele do zaoferowania podróżnikom. Pozwólcie, że nie będę się zbytnio rozwodziła nad jego zabytkami. Dość, że wspomnę o najważniejszym, czyli kompleksie hinduistycznych świątyń – Hamunam Dhoka, gdzie można spotkać małą żywą Boginię. My niestety nie doznaliśmy tego zaszczytu, a szkoda bo to ponoć przynosi szczęście. Wcielenie Bogini Kumari to mała dziewczynka, która żyje w pałacu i doradza królowi, aż do momentu gdy stanie się kobietą. Później kapłani wybierają nową Boginię. I tak trwa, nieprzerwanie krąg tradycji.

Od kilku lat od turystów pobierana jest opłata za sam wstęp na plac Hamunam Dhoka, co wcale się nam nie spodobało. Dlatego weszliśmy na niego przejściem nieturystycznym ;-) Niestety, tak jak w Indiach, tak i tu jesteśmy traktowani jak chodzące dolary, które muszą słono płacić za wszystko.

W Kathmandu spędziliśmy tylko wieczór i jeden dzień, z czego część poświęciliśmy na zakup kurtek puchowych na treking, a część na walkę z kornikami. Tak właśnie, mieliśmy bliskie spotkanie i cudowną noc z kornikami. Na miejsce noclegowe, jak większość odwiedzających to miasto turystów, wybraliśmy dzielnicę Thamel. Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Trekkerzy mogą zaopatrzyć się w górskie sprzęty, hipisi w kolorowe ciuszki, imprezowicze zabawić w knajpach, a oszczędzający przeżyć za niewielkie pieniądze. Niestety, jak się okazuje, trzeba bardzo uważać przy wyborze taniego hotelu. My zdecydowaliśmy się na pozornie czysty hotel, o przeciętnym standardzie. „Zalogowaliśmy” się w pokoju, światła nie było, jak zresztą wszędzie. Trzeba było na nie trochę poczekać (w całym Nepalu dwa razy w ciągu doby, na około 11 godzin odłączany jest prąd; rozpiskę na każdy dzień tygodnia możecie pobrać z internetu, np. poprzez aplikację na Androida Loadshedding Schedule). W tym czasie wybraliśmy się na pyszne mo:mo (coś podobnego do naszych pierogów), za które Ula kocha Nepal :-) Po powrocie okazało się, ze prąd już jest, ale tuż za ścianą naszego pokoju jest knajpa, w której rozpoczyna się koncert. Stwierdziliśmy, że to nie takie straszne, że przecież kiedyś impreza się skończy. Owszem, koncert skończył się o 22:00, a po nim zaczęła dyskoteka. Właśnie w tym momencie Zbyszek został pierwszy raz ugryziony przez… jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co. W rytmie „techniawy”, od której drżały szyby rozpoczęliśmy przegląd całego łóżka. To co odkryliśmy przerosło nasze oczekiwania. Korniki zjadły już połowę mebla, na którym spaliśmy. Robaków było tyle, że pewnie przez noc zjadłyby także nas. Mordowanie korników zajęło nam godzinę. Reszta nocy upłynęła na czujnym śnie, z dyskotekowym bitem do 2:00 w nocy.

Z samego rana przenieśliśmy się do nieco droższego hotelu (o 200 rupii, czyli niecałe 7 złotych), z którego dzień wcześniej zrezygnowaliśmy. Brak korników jest od teraz wyznacznikiem luksusu przy wyborze hotelu. Samo Kathmandu i okolice zasługują na to, aby poświęcić im więcej czasu, ale my go nie mieliśmy – wybraliśmy spotkanie z naszymi „ziomalami z Żywca” – Kaśką i Andrzejem. Miejscem spotkania miał być Park Narodowy Chitwan.

Category:

Blog

Tags:

, , ,