Przyszedł czas na pijawki.

Podczas cudownego pobytu w Bario wybraliśmy się na treking do Pa’Lungan – sąsiedniej wioski. Od naszego przyjaciela dostaliśmy wskazówki jak przejść przez dżunglę: prawo, prosto, lewo, prawo. Na początku było faktycznie w prawo i nawet wesoło: brodziliśmy w błocie, żartowali że czujemy się jak żołnierze z amerykańskiego filmu o wojnie w Wietnamie. Aż nagle…. nagle napadła na nas, a przede wszystkim na mnie, pierwsza przeszkoda. Zalane brązową wodą pola, a na nich ułożone cienkie bambusowe tyki, jak pomosty, po których można przejść, po części też zalane. Więc szliśmy po tym ruchomym pomoście ostrożnie, ale w pewnym momencie nie dało się inaczej jak tylko zanurzyć się po uda w brei. I już miałam to zrobić gdy dostrzegłam na swym bucie pierwszą pijawkę. O nie, co to to nie! Nie zanurzę się w „pijawkarni”, pomyślałam i zaczęłam lamentować, że wracam, że w imię czego takie poświęcenia. To tylko zwykły spacer. Od czego ma się jednak przytomnych towarzyszy, którzy spokojnie wyjaśnią, że dam rade, że pijawki i mętna woda to nie koniec świata. No i przeszliśmy do świata pijaw i pijawek, które tylko czyhały na każdym listku, błocie i kałuży żeby wskoczyć do cieplutkiej, mokrej skarpetki i wśliznąć się w apetyczną, pełną krwi nogę. W porze deszczowej dżungla jest nieznośnie wilgotna. Kwaśnym potem pocą się człowiekowi wszystkie części ciała, więc kiedy dotarliśmy do celu, po czterech godzinach, byliśmy od stóp do głów mokrzy i śmierdzący. Przybyły z nami też pijawki. Przetransportowały się w skarpetkach, a jedna zdążyła się nawet posilić krwią Uli.

W Pa’Lungan byliśmy umówieni z wodzem wioski i jego sąsiadem. Mieli nas zabrać do „Jungle Supermarket”, czyli na zbiory owoców. Okazało się jednak, że mają dużo pracy. Mieliśmy też w planach powrót do Bario tego samego dnia, więc nie zabraliśmy z sobą żadnych osobistych rzeczy. A tu znów skucha, bo okazało się, że przed zmrokiem nie dotarlibyśmy do domu. Zostaliśmy więc. I to zastali nie byle gdzie, a w „Batu Ritung Lodge”. U starszego, wykształconego, miłego małżeństwa. Dostałyśmy z Ulą koszulki do spania, ręczniki, kosmetyki i towarzystwo starszej pani. Zbyszek dostał spacer ze starszym panem i inteligentną z nim rozmowę o Penanach, Manserze i polityce oczywiście. A razem dostaliśmy jak zwykle pyszne jedzenie.

Następnego dnia Zbyszek z samego rana udał się z pewnym Kelabitem, Jollym, do dżungli, gdzie znalazł ciekawy temat na film dokumentalny, przyjaźń ze swym przewodnikiem, trochę warzyw i owoców, nakręcił materiał i wyżywił sobą czterdzieści pijawek różnej wielkości. Ja i Ula pomagałyśmy w gospodarstwie, ponieważ akurat trafiliśmy na zbiory ryżu. Pani właścicielka brodziła po kolana w wodzie zbierając ryż, jeszcze zamknięty w zielonych łuskach, na zielonych badylach. A my wytrzepywałyśmy, czy też wybijały ten ryż, z tych łusek. Później będzie on musiał się przesuszyć, a jeszcze później trafi do maszyny, która obierze go z kolejnych łusek. Oj dużo zachodu z tym ryżem, ale za to jaki dobry.

Ekspedycja wróciła z dżungli bardzo późno, akurat kiedy nadciągnęły groźne, czarne, chmury. Ledwie wyszliśmy spod dachu, a już spadły pierwsze krople. Okazało się też, ze mamy ogon. Balto, pies właścicieli „Batu Ritung” postanowił nas odprowadzić i nie chciał zawrócić ani po dobroci, ani po złości. Gdy tylko wyszliśmy z wioski rozpadało się na dobre. Chlusnęło jakby w niebie pękła jakaś rura. Woda w dżungli lała się z każdej strony, ścieżki stały się błotnistymi potokami. Po pięciu minutach nie było na nas suchej nitki, a po chwili nasza skóra na dłoniach zmarszczyła się jak po zbyt długim siedzeniu w wannie. Ściana deszczu ograniczała widoczność. Szło się ciężko, a do tego musieliśmy się śpieszyć, bo do zmroku zostały dwie godziny, a przecież po drodze trzeba było zrobić sesje fotograficzną.

Po dwóch i pół godzinie byliśmy w Bario, w „naszej” drewnianej chacie. Był też z nami Balto, który okazał się bardzo płochliwym i zdziczałym psem. Następnego dnia zgubił się nam. Wiedzieliśmy, że nie wrócił do Pa’Lungan bo byliśmy w kontakcie z właścicielką. Szukaliśmy go po całym miasteczku i nic. Wrócił do nas sam po dwóch dniach i już został.

Przez resztę dni byliśmy zawaleni pracą: sprzątanie, koszenie chaszczy i jeszcze naprawa ośmiu rowerów. Z tych ośmiu zostały tak naprawdę trzy sprawne, ale reperowaliśmy je dwa dni. Właściciel Home Stay’a „Ng mat Ayu” posiadał takie właśnie złoża trupów rowerowych, zaoferowaliśmy się, że je naprawimy, a w zamian trochę na nich pojeździmy.

Ciężko przyszło nam rozstanie z Bario i jego mieszkańcami, a już rozstanie z Cześkiem, Reksią i Baltem przyprawiało nas o ból serca. Jeśli jakieś miejsce podczas tej podróży mogliśmy nazwać domem, to była to właśnie chatka na skraju dżungli. Balto odprowadził nas na lotnisko, po czym uciekł spłoszony hałasem motocykla. Kiedy mały samolocik wzbijał się w powietrze, cała obsługa lotniska stała na płycie i machała nam na pożegnanie. Takie wyjątkowe było to nasze Bario.

Category:

Blog

Tags:

, , , , , ,