Rana Borneo zalana betonem

Już z łodzi oglądaliśmy przerażające buldożery, dźwigi, masę ściętych drzew spławianych rzeką i dziurę jaka po nich zostaje. Ranę, która nigdy się nie zagoi, bo pierwotny las deszczowy już nigdy nie odrośnie. My przypłynęliśmy do takiej właśnie rany, na której zbudował się Kapit – betonowe miasto, które już niedługo połączy się asfaltowymi drogami z innymi betonowymi miastami. Szukaliśmy w tym miejscu, a raczej w okolicy, czegoś wyjątkowego do zamieszkania. Z pomocą przyszła nam miła kobieta – właścicielka knajpki, takiej jakich tu wiele, takiej z plastikowymi meblami. Dzwoniła, szukała, prosiła, zagadywała i kombinowała, ale nic nie znalazła. Wreszcie wpadła na pomysł, że umówi nas ze swym wujem, „jest on człowiekiem obrotnym i na pewno coś nam zorganizuje”.

Rzeczywiście, wujaszek był rezolutny, obiecał, że zawiezie nas do jedynego długiego domu jaki został w tych okolicach, czyli Rumah Janduk. Jeszcze pół roku temu istniał Rumah Bundung, do którego kierowali swe kroki wszyscy turyści. Niestety został zburzony, a jego mieszkańcy przenieśli się do nowiuteńkiego, wycackanego betonowego domu, który powstał tuż obok. Wuj zdradził nam sekret, że w Rumah Janduk też budują nowy, już nie drewniany, długi dom i tamten stary pewnie zostanie zburzony. Pomyśleliśmy wtedy, że to wielka szkoda, ale i ciekawy temat na film o zabijaniu tradycji i turystyki w tych terenach. Bo przecież po cóż innego mieliby tutaj przybywać podróżnicy i turyści jak nie po to, żeby oglądać wytatuowanych staruszków, robić im zdjęcia na tle drewnianych ścian, z wiszącymi u sufitu ludzkimi czaszkami. Tak, temat wydawał się dobry i zakładał opcję pomieszkania trochę z Ibanami. O jakżeż my chcieliśmy z nimi pomieszkać, popracować u nich, pogotować im, pouczyć ich dzieci. Zakupiliśmy więc karton jedzenia i jeszcze jedną reklamówkę i wraz z wujem ruszyli do Rumah Janduk. Razem z nami pojechała też żonka wujcia. Świeżo wyfryzowana, z trwałą na głowie, w getrach w kwiaty, portfelem pod pachą, roztrajkotaną buzią i pewnością siebie co chwila robiła przystanki na warzywne zakupy w wioskach.

Oczywiście cała przejażdżka odbywała się na nasz koszt, wujaszek zażyczył sobie po 40 MYR za paliwo i po 50 za swój poświęcony czas. Zgodziliśmy się, bo zapewniał, że tak zagada głowę wioski, że może nawet będziemy spać u niego w zamian za naszą pracę. Na miejscu okazało się, że chcą od nas po 50 MYR za noc i 15 za fotografowanie, ale za to do woli. Na nic zdało się dyskutowanie, zachęcanie, że Zbyszek na budowie popracuje, że ja i Ula w polu i z dziećmi, a później w kuchni jeszcze. „Głowa” był nie wzruszony, 50 MYR i koniec. Podziękowaliśmy więc ładnie, powiedzieli, że nie o to nam chodzi, spytali jeszcze czy to prawda, że ten drewniany dom burzyć będą. A oni, że nie, że dla turystów zostawią, ale zdziwieni są, że my płacić nie chcemy i ich kultury nie cenimy. My na to, że za pieniądze to nie chcemy, bo my tak po przyjacielsku chcieliśmy, po gościnie, ale widzimy, że tu już jak w hotelu jest, że to biznes. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że tak bardzo urazimy tymi słowami wodza. Zabolało go, że został ochrzczony biznesmenem i że płacić nie chcemy. Wszyscy płacą, Niemcy płacą, Amerykanie, Australijczycy. Długo próbowaliśmy wyjaśnić, że my nic przeciwko temu nie mamy, że rozumiemy, że to normalny, uczciwy sposób na zarabianie pieniędzy, ale my po prostu nie chcemy skorzystać z ich turystycznej oferty. Na koniec dostaliśmy jeszcze jedną propozycję, wskazali nam czaszki pod sufitem i powiedzieli, że za 65 MYR możemy zrobić zdjęcia. Odmówiliśmy. Tego już było za wiele. Zawrzało wokół nas, pani która adorowała nas własnoręcznie zrobionymi z plastikowych koralików ozdobami za 50 MYR, ostentacyjnie zwinęła interes. Już mieliśmy wychodzić, gdy „żoncia” zauważyła po drugiej stronie korytarza kobiety skubiące jakieś zieleniny. Pobiegła tam szybciutko i już siedziała z nimi, rozprawiając żywo i dobijając targu. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Bundung, w tym nowym domu. Ładnie nas tam ugościli, ale za spanie też chcieli 50 MYR. Wujek był z nas widocznie niezadowolony, zaś żonka rada była ze swych zakupów. Natomiast nam wcale nie było do śmiechu, bo musieliśmy zapłacić po 90 MYR i zostaliśmy z kartonem jedzenia, którego nie było gdzie ugotować.

Kiedy wujcio dostał kasę wyraźnie mu ulżyło i obiecał, że jeszcze czegoś dla nas poszuka, w ogóle odezwie się jutro. Nie odezwał się i niczego nie poszukał. Przez kilka dni byliśmy uwięzieni w betonowym, deszczowym Kapicie. Czasem wyskakiwaliśmy nad brzeg rzeki, obserwowali, rozmyślali. Nad tymi co przypływali i odpływali małymi łodziami: gdzie mieszkają, co kupili, a nie zatoną jak ich tylu wsiada? Nad rozładunkiem towaru: ciekawe jakie tu wałki odchodzą, bo jakieś na pewno muszą, niestrzeżona granica z Indonezją blisko… No i Zbyszek postanowił zbadać tę granicę. Jednego dnia, w jakimś motocyklowym warsztacie wypożyczył skuter za 35 MYR i udał się w nieznane, po nieutwardzonej, błotnistej drodze. Frajdę z tego miał, do granicy nie dojechał, ale odwiedził dwa opuszczone długie domy, znalazł jedno poćwiartowane ciało w worku, stado nietoperzy, ludzi jeżdżących na polowania i dżunglę, która kradła drogę.

Po kilku dniach niewoli i marazmu, postanowiliśmy; płyniemy wyżej, do Belagi. Tam ponoć jest dziko, można przeżyć dzikie przygody, znaleźć dzikich ludzi i dzikie tematy na film.

Category:

Blog

Tags:

, , , , ,