Ryż i karaluchy, czyli raj na Borneo

Autostop do Miri poszedł nam jak z płatka. Co drugi samochód zatrzymywał się na wyciągnięcie dłoni. Otwierały się przed nami drzwi otworem. Z ust naszych padało zapytanie czy zabiorą i czy zabiorą za darmo. Kiedy odpowiedź była twierdząca wskakiwaliśmy do środka lub na pakę, jeśli kierowca był szczęśliwym posiadaczem pick-up’a . No i tak jednego dnia dotarliśmy do Miri, tylko po to aby następnego pofrunąć do Bario. Na Miri jeszcze przyjdzie czas. Teraz śpieszno nam było do natury i prawdziwej, pierwotnej dżungli, bo do tej pory nie było nam dane jej zaznać.

Lot na pokładzie malutkiego samolotu, który może pomieścić około 20 osób okazał się przeżyciem godnym swojej ceny (ok. 100 zł w jedną stronę). Przy startowaniu wszystko warczało, trzeszczało i trzepotało. Siedzieliśmy zaraz za pilotami (bo ich kabina nie jest oddzielona od reszty samolotu), podglądaliśmy co oni tam wyczyniają i co za cuda mają na pulpicie. A później, gdy samolot wyrwał się do lotu, uniósł swe wielkie cielsko, w dole pokazał się krajobraz równych pasów palm oleju kokosowego, które zastąpiły dżunglę. Jeszce nie zdążyliśmy ogarnąć wzrokiem ogromu upraw, gdy zaczęliśmy obniżać lot. Okazało się, że mamy jeden przystanek, na którym dociążą nas towarami. Gdy wzbiliśmy się po raz kolejny pod nami roztaczał się już tylko wielki brokuł. Z tym warzywem kojarzy się widok dżungli z lotu ptaka według Uli, dla której świat jest jedną wielką tacą z jedzeniem. Niestety gdzieniegdzie brokuła toczą już robale, które wgryzają się w niego bezlitośnie i wyrywają kawałek po kawałku. Zostawiają ślady i błotniste ścieżki, po których poruszają się już inne robale, a wszystkie napędzane ropą. Mimo tego wzgórza Kelabit, w których żyje społeczeństwo o tej samej nazwie, są nadal trudno dostępne.

Po wylądowaniu na małym lotnisku, które wygląda jak zagubiona w dziczy stacyjka kolejowa, zostaliśmy przywitani przez wszystkich jego pracowników. Załadowaliśmy plecaki na swe barki i ruszyli na poszukiwanie niedrogiego noclegu. Okazało się to trudnym zadaniem. Na szczęście na naszej drodze pojawił się człowiek, który zaprosił nas do siebie i tak przejęliśmy jego dom na ponad tydzień. Przez ten czas za punkt honoru wyznaczyli sobie obowiązek dbania o jej czystość i zaopiekowania się całym obejściem. Drewniana chata stojąca na obrzeżach dżungli jest tylko bazą dla właściciela, kiedy zatrzymuje się w Bario. Kiedy przebywa w Miri, w jego domu zatrzymują się znajomi z okolicznych wiosek oraz karaluchy z okolicznych zarośli i bałaganią do woli. Pracy mieliśmy sporo. Podczas sprzątania dużo było spotkań z kokorotami, podzieliłyśmy je z Ulą na dwa rodzaje, takie co maja wzorzyste grzbiety nazwałyśmy szlachetnymi, a te bure zostały pospolitymi.

Nasz dobroczyńca spędził z nami dwa intensywne dni, oprowadził po Bario i przedstawił rodzinie. Trzeba wiedzieć, ca miejscowość to jedna, wielka rodzina. Zabrał nas też do wioski Penanów. Nieopodal Bario stoją obskurne, małe domki na palach, na sznurach wisi pranie, jakiś maluch kąpie się w bajorku i z każdej dziury zagląda czyjaś głowa. Nomadzi Penan normalnie żyją w dżungli, ale poświęcili się dla swoich pociech, które muszą chodzić do szkoły i wybudowali tę prowizoryczną osadę. W przeciwnym razie maluchy opuszczają szkołę, internat i przez dwa dni przemierzają dżunglę stęsknione za rodzicami. Niezupełnie o taką osadę nam chodziło. Chcieliśmy zobaczyć społeczność Penan żyjących tradycyjnie, niestety do takich dotrzeć trudno. Jeszcze trudniej znaleźć. Zbyszek zainteresowany historią Bruno Mansera koniecznie chciałby nakręcić film o ludziach, którzy natchnęli tego Szwajcara do walki z rządem Sarawaku, z przemysłem i całą tą machiną działającą na niekorzyść przyrody. Tak więc zaczęły się poszukiwania i wypytywania, bo Zbyszek jak złapie temat to ciągnie wszystkich za język i węszy, chcąc się jak najwięcej dowiedzieć.

Jedna z rodzin, którą odwiedziliśmy mieszka w długim domu, pochodzi z niego matka naszego przyjaciela. Długie domy Kelabitów różnią się od innych długich domów tym, że mają dwa wspólne korytarze, z przodu i z tyłu. Jeden jest pomieszczeniem z kuchniami i jadalniami, a drugi jest salą gościnną, gdzie wiszą wszystkie fotografie rodzinne. Z tych czarno-białych spoglądają panie i panowie z naciągniętymi uszami, które zwisają jak wielkie sople, zakończone ciężkimi ozdobami. Panowie ponadto mają na głowach charakterystyczne kapelusze. Natomiast z tych kolorowych, czasem też spoglądają panie z długimi uszami, ale są starsze, a u ich boku stoją zazwyczaj nowoczesne panie, czasem eleganckie, wykształcone, czasem modne pannice lub podrostki, a bywa, że panowie pod krawatem. Zostaliśmy tu poczęstowani przepysznym domowym dżemem z ananasów, bo z ananasów ta kraina słynie, ale nie tylko. W Bario uprawiają najlepszy ryż na świecie.

Były też przepyszne kolacje u rodziny. Ananasy w sosie curry i owoce, które jedliśmy pierwszy raz w życiu, np. słodkie pomidory, które tylko wyglądem przypominają nasze pomidory, ale tak naprawdę owocami. Oprócz tego, że kolacje były wyśmienite, to towarzystwo doborowe – przemili i sympatyczni ludzie. Nie tylko ludzie byli dla nas towarzystwem, w Bario zaprzyjaźniliśmy się, zwłaszcza ja i Ula, z rzeszą tutejszej psiarni. Codziennie odwiedzały nas małe „psiory” z sąsiedztwa: nazwałyśmy je Czesiek i Reksia, a później nabawiliśmy się jeszcze swojego, własnego kundla, ale o tym będzie później.

Kiedy przyszedł czas odjazdu gospodarza do Miri, dostaliśmy instrukcje, ostatnie wskazówki i pożegnaliśmy się. Nie minęły jednak dwie godziny a nasz przyjaciel wrócił. Na pace przywiózł zabitego dzika. Tutaj poluje każdy, choć oficjalnie władze tego zakazują. Biedna locha przechodziła sobie nieopodal drogi z małymi, została dojrzana przez myśliwego i zastrzelona z szotgana. Zbyszek pomógł naszemu gospodarzowi oprawić dzika, a wieczorem odbyło się rytualne spotkanie prawdziwych mężczyzn – jedzenie wędzonego mięsa, picie piwa i opowiadane raz po raz historii bohaterskiego upolowania bestii. Prócz tego można też było usłyszeć inne, naprawdę ciekawe opowieści – o duchu, który siedzi gdzieś w dżungli, którego czują psy i który przynosi z sobą złowieszczy wiatr, o wioskowym życiu Kelabitow, tak podobnym do naszego polskiego i oczywiście o Bruno Manserze, bo to właśnie tutaj, w okolicach Bario widziano go po raz ostatni. Przyjdzie czas na rozdział tylko i wyłącznie o nim. O nim i o Penanach.

Category:

Blog

Tags:

, , , , ,