Thabarwa. Najlepsze Centrum Medytacyjne w Birmie.

W naszych birmiańskich planach nie było żadnego Centrum Medytacyjnego. Motto na ten kraj brzmiało: „Zobaczyć jak najwięcej w ciągu 28 dni”. W realizacji zadania miał nam pomóc jak zwykle „couchsurfing”, ale tylko jeden człowiek zgodził się nas ugościć i to nie u siebie w domu, a w „Centrum Thabarwa”. Na swoim profilu zamieścił dokładny opis jak tam dotrzeć. My podajemy jeszcze prostszy przepis: wystarczy wsiąść do autobusu do Thanlyin w okolicach Sule Pagody, na Maha Bandoola Road i pytać ludzi o „Centrum Thabarwa”. Zaskakująco dużo ludzi wiedziało o co chodzi.

Wysiedliśmy we wskazanym nam miejscu, gdzieś na skrzyżowaniu dróg. Postanowiliśmy nie korzystać z motorowej taksówki, tylko ostatnie 2 km pokonać na piechotę. Kiedy maszerowaliśmy nasłonecznioną, zakurzoną drogą, nasze żołądki dały znać, że są głodne. W poszukiwaniach przydrożnej knajpki, znaleźliśmy idealne miejsce dające cień, z plastikowymi jak wszędzie krzesełkami. Na powitanie wyszło nam kilka kobiet. Nie mówiły po angielsku. Ja i Ula zaczęłyśmy pokazywać, że jesteśmy głodne, ale jemy tylko wegetariańskie i krzywiłyśmy się na każdą mięsną potrawę jaką nam proponowały. Miłe kobiety zaczęły znosić wszystko co tylko miały w asortymencie, a co nie było mięsem. Powoli zaczęło do nas docierać, że coś tu nie gra. I nagle otworzyliśmy nasze oczy ze zdumienia, stwierdzając, że to nie jest knajpa, a my wtargnęliśmy komuś na posesję i zaczęli zaglądać do garów. Zrobiło nam się strasznie głupio, ale było za późno, bo zupa i warzywa już stały przed nami, na stole. Po zjedzonym posiłku chcieliśmy jakoś naprawić nasz błąd i zapłacić, ale panie stanowczo odmówiły przyjęcia pieniędzy. Poczęstowaliśmy je zatem tym co mieliśmy akurat w plecakach – kilkoma batonikami i w zamian dostaliśmy na drogę jeszcze reklamówkę owoców. Okazało się, ze do Centrum mieliśmy już „rzut beretem”.

Zostało nam kilka kroków i znaleźliśmy się w innym świecie. Na początek zaprowadzono nas przed oblicze nauczyciela, Sayadaw U Ottamasary, założyciela „Thabarwa”. Oświecony siedział sobie na kanapie, a my przed nim, na dywanie. Dokładnie się nam przyjrzał, a my jemu, uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasz przyjaciel z „couchserfingu” zainicjował rozmowę: Czy macie jakieś pytania do Siaro? I wtedy Zbyszek wyskoczył, że ja mam pytanie. Owszem, może miałabym pytanie, ale tak przy wszystkich? Siedzieliśmy w sali wypełnionej ludźmi, a kolejni wierni odwiedzający już deptali nam po piętach, klęcząc tuż za nami. Mówiłam mu, że chciałabym spotkać w tej podróży jakiegoś mędrca, znającego się na medycynie naturalnej, który powiedziałby mi o jakichś alternatywnych metodach leczenia mojej choroby tarczycowej. Ale żeby od razu radzić się Oświeconego? No, ale cóż, sprawa została już poruszona, więc zwierzyłam się z mojego problemu, że nie chcę do końca życia brać leków. Siaro chwilę się zastanowił i powiedział, że uleczyłaby mnie medytacja, ale musiałabym zostać w centrum na trzy miesiące. Mówił jeszcze wiele mądrych rzeczy, które rozumiałam piąte przez dziesiąte, a które później wyłożył mi Zbyszek. Pouśmiechaliśmy się jeszcze do siebie i zakończyli wizytację. Okazało się, że mieliśmy duże szczęście spotykając się z „Wodzem” (tak go po swojemu nazwaliśmy), bo już tego samego dnia wieczorem wyruszył w kilkumiesięczną trasę po Birmie i krajach sąsiednich, w celach nauczania.

Po tych kurtuazyjnych wstępach zostaliśmy ulokowani w jednych z domów należących do Centrum. Okazało się, że od kilku miesięcy mieszka tam pewien sympatyczny Czech, który po hulaszczym, ateistycznym życiu postanowił wejść na drogę duchowej odnowy, pewna pani z Japonii i nasza kochana Sista oraz inni turyści, którzy zmieniali się co kilka dni.

Mieliśmy okazję pomieszkać z Rosjanami, którzy naszą znajomość rozpoczęli od pytania: „Co Polacy mówią o Rosjanach i tym co dzieje się na Ukrainie? Pewnie nas nienawidzicie?” Dyplomatycznie odpowiedzieliśmy, że tu nie chodzi o niechęć do zwykłych rosyjskich obywateli, którzy pewnie nie chcą wojny, a raczej o zawikłaną światową politykę. „Tak” – odpowiedzieli – „My wojny nie chcemy, my mamy rodzinę na Ukrainie” Ufff. Ulżyło nam, więc zaczęliśmy dyskusję na ten temat, która z przerwami trwała 3 dni. Dość szybko jednak wyszło na jaw, że ci obywatele rosyjscy są dumni ze swego silnego władcy i popierają go we wszystkim co robi. Wszak na Ukrainie Rosja nie walczy tylko broni się przed Amerykanami, którzy za bardzo panoszą się po świecie. Mówili też, że cierpią z powodu braku polskich dobrych jabłek. Śmiali się że Putin sieje postrach na Zachodzie, a on przecież tylko pokazuje siłę mateczki Rosji i mówi w ten sposób: „Uważajcie, lepiej z nami nie zadzierajcie”. I ubolewali nad tym, że my, kraje słowiańskie nie utworzyliśmy własnej unii, bo wtedy bylibyśmy siłą nie do ruszenia. Hmm, czyżby chodziło im o „powtórkę z rozrywki”?

A teraz kilka słów o Sista, birmańskiej gospodyni domu, w którym mieszkaliśmy. Została przez nas nazwana Sistą ponieważ w centrum wszyscy są braćmi i siostrami. Nasza gospodyni nie mówiła po angielsku, znała tylko kilka zwrotów, a wszystkie zaczynały się od „Sista!” lub „Brada!”. Dbała o nasze żołądki, pytając w godzinach posiłku (czyli o 6:00, 12:00 i 18:00 – posiłek ekstra, o tym później) czy już jedliśmy oraz o nasze dusze, zapraszając nas na medytacje, które odbywały się kilka razy w ciągu dnia w języku birmańskim. Wszystko co dostawaliśmy w Centrum było za darmo, nikt nie prosił nas o nic, ani do niczego nie namawiał. Choć Sista co dzień próbowała wyciągnąć mnie i Ulę na medytacje, jak kiedyś czyniła to babcia, namawiając na pójście do kościoła. Niestety okazałyśmy się bardzo oporne. Nie przez ignorancję, a raczej niewiedzę.

W arkany medytacji turystów, takich jak my, wprowadzał wieczorami pewien mnich Yevata. Ja i Ula skorzystałyśmy z jednej takiej lekcji, Zbyszek z kilku. On w ogóle wsiąknął w filozofię buddyjską, ponieważ podoba mu się ta ścieżka myślenia o świecie i człowieku. Jeździł z mnichami codziennie rano na „alms-round”, czyli zbieranie datków i pożywienia, kręcił przymiarki do dokumentu o Thabarwa. W ten sposób odwdzięczał się za gościnę, natomiast ja i Ula pomagałyśmy Sista w pracach domowych. Byłyśmy też dwa razy na porannym wyjściu mnichów po jałmużnę. Zwiedzaliśmy i obserwowali życie tego nietypowego miejsca, a także poznawali zwyczaje mnichów. Tak, Centrum Thabarwa jest wyjątkowe i unikatowe. Dlaczego? Choćby dlatego, że na jego terenie mieści się ogromna wioska zamieszkana przez ludzi, którzy wcześniej nie mieli domów, są wyrzutkami, uciekinierami, schorowanymi starcami, często z ciekawymi historiami i bujnymi życiorysami. Takimi przygarniętymi duszami jest też część mnichów. Tylko tutaj znaleźli zrozumienie u Sayadaw U Ottamasary. O tym i innych sprawach w kolejnych wpisach.

Category:

Blog

Tags:

, , , ,