W dzicz

Jeszcze w XIX wieku w umysłach cywilizowanych Europejczyków roiły się fantastyczne mity na temat wyspy Borneo. Zupełnie nieznana, była krainą niebezpiecznych plemion i „zielonego piekła”, które mogło pochłonąć nieprzywykłe do tropików „białe duszyczki”. I my byliśmy takimi właśnie, nieoświeconymi, pełnymi naiwnych wyobrażeń „białymi duszyczkami” przybywającymi na Borneo.

W dziki świat miał nas wprowadzić ściągnięty wprost z internetu „Couch” – Sim. Przybył po nas na zupełnie niedzikie lotnisko, całkowicie niedzikim samochodem, do którego nas wpakował i oprowadził po obdartym z dzikości Sibu. Ulice, po których mknął nasz wóz były nieprzyzwoicie czyste, ciche i puste. Uszy i mózgi przyzwyczajone do gwarnych kolorowych Indii płatały nam figle i podrzucały dźwięki i obrazy, które nie istniały.

Ponieważ byliśmy „dziko głodni”, pierwszym przystankiem musiała być jakaś knajpka, w której znalazło się coś wegetariańskiego. Niestety wegetarianizm w Malezji nie jest popularny. Zwykle kiedy pytamy tutaj o dania bezmięsne wskazuje się nam na kurczaka z warzywami lub rybę z warzywami, a czasami słyszymy: „Ooo! Wegetariańskie? Nic nie mamy.” Po takiej odpowiedzi możemy albo odpuścić, albo drążyć dalej: „A możemy zajrzeć do kuchni?”. Uzyskujemy pozwolenie. Wchodzimy. A tam leżą kapusta, cebula, marchewka. Więc wskazujemy i prosimy o przyrządzenie tego jakoś. Zwykle działa, ale czasem trzeba uważać, żeby nie nadziać się na niespodziankę w postaci „mięska” w zupie czy w ryżu. Natomiast prawie zawsze trzeba się liczyć z tym, że danie będzie suto okraszone glutaminianem sodu.

Chemiczne dodatki w tutejszym jedzeniu mają katastrofalny wpływ na tuszę i zdrowie Malajów, zwłaszcza tych zamieszkujących miasta. Czasem już dzieciaki są chodzącymi, tłuściutkimi pulpecikami zajadającymi się hamburgerami w słodkich bułkach, słodkimi chipsami o smaku rybim i popijającymi to wszystko bardzo słodkimi, chemicznymi napojami.

Na szczęście nie tylko chemię się tu spożywa, co zaobserwowaliśmy przechadzając się po targowisku w Sibu, które jest największym w stanie Sarawak. Kraina ta opływa w różnorodność cudownych owoców jakich w Polsce po próżnicy szukać. Nasze serca podbił włochaty rambutan. Kilo tego „cudu” kosztuje dwa ringgity, czyli dwa złote. Równie tanie są ananasy słodkie jak z puszki, a już śmiesznie tanie bywają banany – czasem za kilogram płaci się złotówkę. Nie wiemy natomiast ile kosztowały grubiutkie białe robaczki, żerujące na drewnie, podobno smaczne po ugotowaniu. Niesmaczny zaś był widok biednych skrępowanych kur sprzedawanych w papierowych rożkach, jak towar nieżyjący już, a przecież te biedne oczka wołały o litość. W tym momencie trzeba użyć mocnych słów: kury na całym świecie nie są traktowane po ludzku, nikomu nie żal tych, z pozoru brzydkich i nierozumnych stworzeń. Ileż to już podczas tej czy innej podróży widziało się kurzych istnień przywiązanych, powiązanych, wiszących, pozamykanych, ugniecionych, zgniecionych i uprzedmiotowionych, sprowadzonych jedynie do rangi pożywienia. A może by tak jednego, z drugą tak powiązać, w celofan albo papier zapakować i niech leżą na ladzie. Ciekawe jak smutne byłyby ich oczka.

Smutne oczka i wesołe oczka, ale prawie zawsze zamknięte, postaci wczuwające się w śpiewanie, można było spotkać wieczorem w barze karaoke. Ależ oni uwielbiają śpiewać! Nie ważne: twardziel, czy lebioda, kokietka czy kura domowa, samotnie czy w parze „śpiewać każdy może”. Wrzeszczeli, z uczuciem fałszowali i pięknie śpiewali, często piwem popijali. A piwo tu nie tanie, dwukrotnie droższe niż w Polsce. W takim barze to każdy musi zaśpiewać, nie ważne, że się wstydziliśmy, że po angielsku to trudniej, kazali i nie było wyjścia.

Za dnia Sim pokazał nam wszystkie możliwe atrakcje Sibu. Przede wszystkim zabrał nas do jedynego długiego domu znajdującego się w pobliżu miasta, w którym żyje społeczeństwo Iban. Na drewnianych nogach cały jego ciężar spoczywa. Długi, wspólny korytarz, z którego wchodzi się do mieszkań jest miejscem towarzyskich spotkań, salą gdzie porusza się ważne dla całej społeczności tematy, ale przede wszystkim pokojem dziennym, w którym płynie normalne życie. Ugościł nas nie kto inny jak sama głowa tego domu, w tym wypadku kobieta. Mądra starsza pani, z którą podyskutowaliśmy o zanikaniu żywej kultury ludu Iban, o tym, że młodych do miasta, do nowoczesności ciągnie, że tańczyć, grać tradycyjnej muzyki już nie chcą. A gdy wchodziliśmy do jej mieszkania rzucił nam się w oczy plakat z samolotem i napisem: „Lot MH370. Proszę wróćcie”. Okazało się, że tym samolotem leciał syn i synowa naszej gospodyni, a ona wciąż wierzy w ich powrót. A ponieważ szukamy tematów do filmów dokumentalnych, z początku zdało nam się, że trafiliśmy na dobry trop. Otrzeźwienie jednak przyszło jeszcze szybciej. Oblaliśmy się kubłem zimnej wody, w której pływała mądrość podsuwająca nam argumenty: sprawa zbyt świeża, a poza tym ludzkie uczucia to delikatny materiał, który nieopatrznie można zniszczyć.

Po dwóch dniach pobytu w Sibu wsiedliśmy na ekspresową łódkę, która pomknęła wprost do Kapitu, w górę rzeki Rajang (przyjemność warta 25-35 MYR). Żółta o tej porze roku, wylewająca się jakby chciała zagarnąć więcej ziemi rzeka, to póki co jedyna droga do Kapitu. Mieliśmy wyobrażenie, że po takiej wodzie, na Borneo muszą pływać drewniane, rozklekotane łodzie, na które strach będzie wsiąść. A tu co? A tu nowoczesna, szybka, klimatyzowana łódź. Dobrze, że przez całą drogę można było wychylać łebki przez otwarte drzwi i łapać wiatr we włosy. Płynęliśmy do Kapitu z zamiarem pozostania tam trochę dłużej, miasteczko miało być bazą wypadową do dżungli, w której chcieliśmy upolować dobre tematy.

Category:

Blog

Tags:

, , , ,