Zasiedzenie

Bywa tak, że człowiek się zasiedzi w najmniej ku temu odpowiednim czasie i miejscu. Nam się takie zasiedzenie przytrafiło w Pokharze. Trwało to osiem dni i wcale nie było takie nieprzyjemne. Pojeździliśmy po okolicy rowerem, a przy okazji nauczyliśmy się zasady uczestniczenia w ruchu drogowym: „Pierwszeństwo ma zawsze ten, kto szybszy”. Jednego dnia wybraliśmy się na słynące z pięknej himalajskiej panoramy wzgórze Sarangkot. Niestety nie było nam dane dotrzeć do szczytu. Okazało się, że taka przyjemność jest płatna, a my na ten moment nie mieliśmy gotówki. Na szczęście cały trud nie poszedł na marne, bo po drodze odwiedziliśmy wioskę uchodźców z Tybetu. Podczas tej wycieczki niezliczona ilość rąk i rączek wyciągnęła się w naszym kierunku prosząc lub rozkazując: „Daj 10 rupii, daj 10 dolarów, daj czekoladę”. Drodzy turyści i podróżnicy nie ulegajcie tym namowom i tym samym nie uczcie tych ludzi żebractwa. Drugiego dnia udaliśmy się w przeciwnym kierunku, nad jezioro Bagnas i na wzgórza, które je otaczają i zapewniają wspaniałe widoki na Himalaje.

W samej Pokharze załapaliśmy się na „Streat Festival”, który trwał 5 dni. Zdecydowanie najciekawszy był pierwszy, kiedy to przez miasto przetoczył się piękny, etniczny korowód. Przedstawiciele wszystkich stanów w Nepalu, a także wioski tybetańskiej, zaprezentowali się w swoich pięknych, tradycyjnych strojach. Niektórzy grali na instrumentach i tańczyli. Pozostałe dni przypominały festyn, na którym można pojeść, potańczyć pod sceną i napić się alkoholu. Apogeum festiwalowego szaleństwa nastąpiło podczas sylwestrowej nocy. Grupki pijanej i wyjącej młodzieży przewalały się po ulicach. Największą ich zabawą było krzyczenie mijanym osobom wprost do ucha. Godzina 0:00 nie zrobiła na nikim wrażenia, nie było otwieranych szampanów i składania życzeń. Jedynie kilka sztucznych ogni, które rozprysły na firmamencie oznajmiło przybycie nowego, 2015 roku.

Po ośmiu dniach oswoiliśmy Pokharę. Mieliśmy tu już swoje miejsca, knajpy, swojego pana „Mandaryna”, u którego kupowaliśmy mandarynki. Tak nas to miasto wciągało, już prawie połykało, aż nas wypluło wprost do autobusu, który zawiózł nas pod indyjską granicę.

Category:

Blog

Tags:

, , , ,